Wpisy użytkownika kryminalistyka.fr.pl z dnia 9 czerwca 2011

Liczba wpisów: 5

kryminalistyka.fr.pl
 
Pierwsza część tutaj:
kryminalistyka.fr.pl.pinger.pl/(…)wampir-z-warszawy…
sk3.jpg

Uzupełnienie poszlak i wykrycie sprawcy

Trzecią ofiarą zabójcy-gwałciciela była dwudziestoletnia ekspedientka wolskiego sklepu WSS, Maria W. Zwłoki jej znaleziono w ogródkach działkowych przy ul. Żymirskiego. Na szyi denatki ujawniono ślady duszenia, sekcja zwłok potwierdziła zgon z tej właśnie przyczyny. Odkryto ponadto ślady wleczenia zwłok oraz powierzchownego przysypania ich ziemią. Zwłoki pozbawione były nadto odzieży, której w pobliżu nie odnaleziono. Znaleziono natomiast w odległości kilkunastu metrów fiński nóż bez śladów użycia go do popełnionej zbrodni. Z zeznań rodziców zamordowanej oraz personelu sklepu, w którym Maria W. pracowała, wynikało, że w dniu 7 maja wyszła ona do pracy o godzinie 5.00. Po zamknięciu sklepu poszła do koleżanki, u której była do godz. 22.00, a następnie tramwajem linii "24" pojechała na Grochów. Gdy do rana następnego dnia nie wróciła do domu, zaniepokojona matka udała się na poszukiwania. Od ludzi, których napotkała, dowiedziała się o znalezieniu w pobliskich ogródkach zwłok kobiety. Tam też poszła i rozpoznała w zabitej córkę.
W dniu 12 maja do szpitala Ministerstwa Zdrowia przywieziona została czwarta ofiara gwałtu. Była nią 18-letnia uczennica, mieszkanka Anina, Barbara F. Z zeznań jej wynikało, iż po wyjściu z kolejki elektrycznej w Aninie zauważyła, jak nieznany mężczyzna proponował idącej za nią kobiecie odniesienie paczki. Gdy ta powiedziała: „dziękuję" i zeszła w boczną ścieżkę, Barbara F. usłyszała, że przyspieszył kroku. Zrównawszy się z nią, zapytał o ulicę, której w ogóle w Aninie nie ma. W pewnej chwili doskoczył do niej i chwycił ją oburącz za
szyję, ciągnąc w las. Tam ją przewrócił i dusił nadal. Czuła, że ucisk lewej ręki był słabszy. Zemdlała, a po odzyskaniu przytomności stwierdziła, że mężczyzny już nie było. Zauważyła brak swetra, teczki z książkami, zegarka i pantofli. Wyglądu napastnika nie była w stanie opisać. Twierdziła jednak z przekonaniem, że był to mężczyzna odziany po cywilnemu, W toku wizji lokalnej odnaleziono zgniecioną gazetę "Życie Warszawy" z dnia 12 maja 1950 r. ze śladami wycierania w nią cieczy koloru bladej krwi. Badań chemicznych zabrudzeń gazety nie dokonywano.

Związek czterech kolejnych przestępstw, zwłaszcza dokonania ich przez jednego i tego samego sprawcę, był oczywisty. Dokonano ich w krótkim czasie za pomocą tej samej metody (szczególne jej cechy to duszenie, sadyzm, grabież) i w tym samym rejonie, a mianowicie na terenie prawobrzeżnej Warszawy. Porównanie zeznań obu żyjących ofiar pozwalało ponadto na wysnucie wniosku, że sprawcy faktycznie brakuje palców u lewej ręki. Fakt, że sprawca w jednym przypadku nosił odzież wojskową, a w drugim - cywilną, skłaniał do przypuszczeń, że jest to mężczyzna zaangażowany w służbie zmilitaryzowanej. Cywil bowiem ze względu na działanie patroli wojskowych nie śmiałby przebierać się w mundur, narażając się tym
samym na legitymowanie. Ponieważ w tym czasie umundurowanie żołnierza niewiele różniło się od odzieży straży więziennych, przemysłowych itp., określony zaś przez Irenę L. wiek (25 lat) oraz inwalidztwo (brakujące palce) wykluczały, by byt to żołnierz służby czynnej, wzięto przede wszystkim pod rozwagę formacje pozawojskowe. Dokonywanie przestępstw po stronie lewobrzeżnej Warszawy, a zwłaszcza ich nasilenie w trójkącie Grochów - Gocławek - Saska Kępa, przemawiało z kolei za znajomością tego rejonu, a być może także za zamieszkiwaniem w nim przestępcy. Wnioski te znacznie ułatwiły typowanie sprawcy.
Ponieważ zeznania Ireny L. dostarczyły najrealniejszych przesłanek, jeszcze raz podjęto próbę odnalezienia któregoś spośród mieszkańców baraków zburzonych we wrześniu 1933 r. Intensywne poszukiwania powiodły się, chociaż odnaleziono tylko jednego z nich, mianowicie Stanisława Z., mieszkającego przy ul. Świętosławskiej. Stanisław Z. wskazał dalsze osoby widywane po wojnie, te zaś innych znajomych. W ten sposób ustalono 12 rodzin aktualnie mieszkających w Warszawie.
Pozostało więc do wyjaśnienia, w której z tych rodzin ojciec nie ma nogi, a syn palców u rak. Chociaż prowadzenie w tym kierunku wywiadów wiązało się z pewnym ryzykiem, gdyż ujawniało sprawcy zainteresowania milicji, nie pozostawało nic innego jak pytać o tego rodzaju znaki szczególne.
Już w toku pierwszych rozmów z byłymi mieszkańcami baraków wyjaśniono, że inwalidą bez nogi jest 48-letni Józef Ołdak. Nie udało się jednak sprawdzić, aby którykolwiek z jego dwóch zamieszkałych w Warszawie synów nie miał u rąk palców. Wezwano przeto na przesłuchanie obu bez wskazania powodu. Chociaż nie można tego uznać za krok najrozsądniejszy, w ten sposób ostatecznie wyjaśniono sprawę.
Przybyły na wezwanie Jerzy Ołdak nie odpowiadał rysopisowi sprawcy. Zapytany zaś o brata Tadeusza, którego działalności zapewne nie znał, podał wiele cech ustalonych w śledztwie. Potwierdził mianowicie fakt noszenia przez Tadeusza munduru z tytułu pracy w straży więziennej (a więc przy reflektorach), kalectwo w postaci braku dwóch palców u lewej ręki, wreszcie inne szczegóły rysopisu. Tymczasem Tadeusz Ołdak nie zgłosił się do KM MO, co utwierdziło podejrzenia. W dniu otrzymania wezwania (12 maja 1950 r.) opuścił on mieszkanie i zaczął się ukrywać. Zorientował się bowiem, że został zdemaskowany.

Poszukiwania Tadeusza Ołdaka trwały 28 dni i zostały uwieńczone pełnym sukcesem. W dużej mierze przyczyniła się do tego decyzja Prokuratora V Rejonu Prokuratury Sądu Okręgowego w Warszawie, na skutek której zabezpieczono w UPT-24 korespondencję adresowaną do żony poszukiwanego.
W pierwszym przechwyconym liście, a datowanym 31 maja, Tadeusz Ołdak prosił żonę, by przyjechała z dzieckiem do miejscowości Bujały znajdującej się w powiecie Sokołów Podlaski. Delegowani tam funkcjonariusze daremnie jednak oczekiwali na przystanku PKS przybycia żony Ołdaka. Ta bowiem z nieznanych powodów nie przyjechała na wezwanie męża. Ponieważ funkcjonariusze nie wiedzieli, u kogo podejrzany może ewentualnie przebywać, wrócili do Warszawy, nie osiągnąwszy niczego.
Po przejęciu drugiego listu pisanego przez Ołdaka zastosowano obserwację jego żony i w ten sposób dotarto do kryjówki przestępcy urządzonej u jego krewnego, Jana B., w Tchórznicy w tym samym powiecie. Tam 10 czerwca 1950 r. Tadeusza Ołdaka zatrzymano.
W pierwszym przesłuchaniu Ołdak nie przyznał się do zarzucanych czynów. Jak wyjaśnił, rzucił pracę i wyjechał z Warszawy, ponieważ lekarz odmówił wydania mu zwolnienia za opuszczone dni w pracy wskutek trwającego, od 7 do 12 maja pijaństwa. Gdy jednak został rozpoznany przez. Irenę L., odrzucił krętactwo jako metodę obrony. Nie miał zresztą wyboru, w czasie bowiem jego ukrywania się materiał dowodowy został znacznie wzbogacony.
Jednym z ważnych dowodów stał się pas znaleziony w miejscu zabójstwa Walerii Ł. Sąsiedzi rozpoznali, że był to pas Ołdaka. Co więcej, wyjaśniono, że otrzymał on ten pas od Jana K., który zeznał, że osobiście spiłował z niego napis "Gott mit uns”. Od Stanisława B. odebrano ponadto ofiarowany mu przez Ołdaka zegarek będący własnością ostatniej jego ofiary, Barbary F.
Opisując koleje swego życia podkreślił trudne dzieciństwo spowodowane inwalidztwem ojca. W okresie okupacji przebywał na robotach przymusowych w Niemczech, gdzie stracił palce u rąk. Otrzymał przydomki "Fajtłapa" i "Wariat”. Po powrocie do kraju związał się z kobietą lekkich obyczajów o kilkanaście lat od niego starszą. Utrzymywał przy tym znajomości z innymi prostytutkami, od których zaraził się syfilisem. Pracował dorywczo w budownictwie, nie zagrzewając nigdzie dłużej miejsca. W 1948 r. poznał kobietę, z którą wziął ślub i
miał dziecko. Przed aresztowaniem pracował niecałe dwa miesiące jako strażnik w obozie pracy na Służewcu. Z żoną żył normalnie.
Pierwszego zabójstwa połączonego z gwałtem dokonał - jak wyjaśnił - pod wpływem alkoholu. Przebieg zdarzenia zapamiętał dokładnie. Stosunek z napadniętą odbył, gdy ta na skutek duszenia i razów zadanych kamieniem nie dawała oznak życia (nekrofilia). Jako motyw działania podał szczególne podniecenie płciowe oraz własne upośledzenie utrudniające nawiązanie normalnego kontaktu z kobietami.
Powróciwszy po dokonanym zabójstwie i gwałcie do domu, zjadł kolację podaną przez żonę i udał się na spoczynek. Rankiem następnego dnia powiadomiony o znalezieniu zwłok nieopodal jego domu poszedł na miejsce zdarzenia i przyglądał się czynnościom milicji. Zorientował się wówczas, że znaleziono pas, który przez zapomnienie pozostawił. Przyglądanie się - jak twierdził - nie sprawiało mu przyjemności.
Okoliczności związane z gwałtem oraz usiłowaniem zabójstwa Ireny L. potwierdził w całej rozciągłości. Zamierzał ją zabić, mimo iż gwałtu na niej dokonał bez specjalnego wysiłku. Z tych też względów bez obawy opowiadał jej szczegóły swego życia, wymieniając jedynie zmyślone imię. Gdy kobieta wskoczyła do jeziorka i dłuższy czas nie obserwował jej ruchów, doszedł do przekonania, że utonęła. Garderobę Ireny L. zabrał z zamiarem sprzedania jej, lecz napotkawszy w drodze do domu dwie kobiety porzucił odzież, obawiając się zdemaskowania. Gdy wrócił do domu, dochodziła trzecia godzina nad ranem. Przed dokonaniem przestępstwa nie używał alkoholu.
Trzecią zbrodnię poprzedziła wizyta u znajomego, u którego był z żoną i pił dużo wódki. Wracając do domu, oświadczył żonie, iż ma zamiar iść na zabawę na Gocławek. Żona nie zgodziła się i zabrała mu czapkę. Mimo wszystko poszedł, lecz nie na zabawę. Na ul. Żymirskiego zauważył idącą samotnie kobietę. W dogodnym momencie podbiegł do niej z tylu, chwycił za gardło i zaczął dusić, bijąc równocześnie pięściami po twarzy. Gdy nie dawała znaku życia, zdjął z niej odzież i bieliznę, odbył stosunek, a następnie odciągnął zwłoki kilka metrów dalej i przysypał ziemią. Garderobę zabrał i ukrył w pobliża domu. Następnego dnia sprzedał płaszcz, sukienkę i pantofle na praskim bazarze, bieliznę zaś wyrzucił.
Czwartą ofiarę gwałcił również ze świadomością, iż jest nieżywa. Zabrane jej rzeczy ukrył pod mostkiem, przywłaszczając jedynie zegarek, który później podarował Stanisławowi B. W Aninie zaś, gdzie miało miejsce to zdarzenie, znalazł się nieprzypadkowo. W dniu 11 maja bowiem otrzymał wezwanie do MO. Ponieważ żona powiedziała mu, iż milicja pytała również o jego brata, wysłał ją wieczorem do niego. Uzgodnili we troje, że pierwszy pójdzie do KM MO brat, on zaś z żoną zaczekają na niego przed budynkiem. Gdy Jerzy Ołdak wyszedł z budynku i powiedział mu o szczegółach przesłuchania, Tadeusz postanowił nic wchodzić do komendy, czemu żona się nie sprzeciwiała. Wyjaśnił jej, że prawdopodobnie jest poszukiwany w związku z opuszczeniem pracy. Tego dnia nie wrócił już do domu i, włócząc się bez celu, doszedł wieczorem do Anina. Tam też dokonał ostatniego przestępstwa. Potem pojechał do krewnych na wieś.
W czasie przesłuchania Ołdak zachowywał się normalnie. Nie przejawiał jednak żalu czy skruchy. Popełnione przestępstwa opisywał tak, jak gdyby chodziło o rzeczy zwykłe, codzienne. Mówił o nich, pozwalając sobie niejednokrotnie na uśmiechy i żarty z pewną dozą cynizmu. Wezwani do oceny jego stanu zdrowia biegli psychiatrzy stwierdzili, że w czasie popełniania przestępstw Ołdak całkowicie kierował swym postępowaniem; nie było więc podstaw do zastosowania art. 17 i 18 k. k.
Rozprawa przeciwko Tadeuszowi Ołdakowi odbywała się przy drzwiach zamkniętych. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał go na karę śmierci. Wyrok wykonano.
pld.jpg
 

kryminalistyka.fr.pl
 
No dlaczego, dlaczego każdy but musi mi obetrzeć nogi? Nawet idiotyczny kapeć, czeszki, nawet klapek? O losie, jedne buty, tylko jedne, które nie pokiereszują mi nóg. To za duże wymaganie?
mai_lamore_rose_shoes.jpg
  • awatar tannat: a walonki wypróbowałaś? :)
  • awatar kryminalistyka.fr.pl: @tannat: raz chodziłam - ściągnęło mi skarpetkę i obtarło tył pięty
  • awatar tannat: @kryminalistyka.fr.pl: ja pikolę!trafiłam jak kulą w płot! Lekktyki, waćpanna, potrzebujesz i ze czterech adonisów do zaprzęgu a na serio - podobnie mam tylko z sandałkami na płaskiej podeszwie
Pokaż wszystkie (4) ›
 

kryminalistyka.fr.pl
 
Dla kontrastu po lalkach - Hajdu Tamas z Baia Mare w Rumunii. Znak zodiaku: Baran, zawód wyuczony: weterynarz.
hadju01.jpg

hadju03.jpg

hadju04.jpg

hadju06.jpg

wwr.jpg
 

kryminalistyka.fr.pl
 
  • awatar Mówca Umarłych: Tylko tutaj, nowy concept art bossa z przygotowywanej kolejnej części gry z sagi Diablo. Diablo IV: Zemsta chomika z klatki.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

kryminalistyka.fr.pl
 
Bardzo często w pracach naukowych pojawiają się dziwne sformułowania. Oto jak należy je interpretować:

  1."Od dawna wiadomo, że..." - nie chciało mi się szukać pracy źródłowej...
  2."...można dostrzec wyraźną tendencję..." - ...trudno wyciągnąć sensowne wnioski...
  3."...o wielkim znaczeniu teoretycznym i praktycznym" - ...mnie to interesuje.
  4."Znalezienie ostatecznej odpowiedzi na te pytania nie było na razie możliwe" - eksperyment się nie udał, ale może uda się kiedyś opublikować wyniki.
  5."Trzy spośród zestawów danych wybrano do szczegółowej analizy" - ...pozostałe się nie nadawały.
  6."Przedstawione są typowe wyniki" - są to najlepsze wyniki
  7."Najdokładniejsze wyniki otrzymał Maliniak" - Maliniak to mój asystent.
  8."Uznaje się, że..." - ja uznaję, że...
  9."Powszechnie uznaje się, że..." - paru facetów tak uważa...
 10."Jest jasne, że wiele dalszej pracy należy włożyć, zanim pełna odpowiedź stanie się możliwa" - nic z tego nie rozumiem.
 11."...poprawne z dokładnością do rzędu wielkości..." - ...źle...
 12."Oczekuje się, że niniejszy artykuł pobudzi zainteresowania tą dziedziną" - ten artykuł jest marny, ale inne w tej dziedzinie są podobne.
 13."Staranna analiza posiadanych wyników..." - trzy strony notatek zamazały się, gdy potrąciłem kufel z piwem...
 14."...bardzo ważne pole odkrywczych badań" - ...bezużyteczny temat zasugerowany przez zwierzchników.
 15."Składam podziękowania mgr Nowakowi za pomoc w pracy doświadczalnej, a dr Kowalskiemu za cenne dyskusje" - Nowak odwalił czarną robotę, a Kowalski wyjaśnił mi, co znaczą wyniki".
  • awatar Edelweiss: Najprawdziwsza prawda! Sama mam w swojej magisterce kilka takich sformułowań. :D
  • awatar tannat: jasny gwint! jakie to prawdziwe :D...właśnie poplułam ekran dokonując korekty doktoratu pewnej pani (abstrahuje od tego, że za moich czasów studenckich wartość merytoryczna tego doktoratu nie odpowiadałaby marnemu magisterium)
Pokaż wszystkie (2) ›